01.05.2022, 12:30 | czytano: 2906

Jacek Sowa: Maj niekoniecznie pierwszy...

arch. Autora
"Niemal każdego dnia w mediach społecznościowych pojawiają się posty, opatrzone nostalgicznym komentarzem, że kiedyś było inaczej… Pralka Frania, saturator z wodą sodową, adapter Bambino, cukrowa wata, mały Fiat… Każdy, kto dorastał w drugiej połowie ubiegłego wieku, musiał zetknąć się z ówczesną rzeczywistością Polski, przaśną choć nie siermiężną. Jak śpiewał Jan Pietrzak: Polska biedna, ale dumna…" - pisze w felietonie Jacek Sowa. Dziennikarz i publicysta rodem z Nowego Targu - wspomina majowe obchody sprzed kilku dekad.
Kiedy ostatnie sople lodu spływały Dunajcem do morza i z odmarzłej ziemi wybijały się mlecze i kaczeńce (a było to czasem i dwa tygodnie później niż w Warszawie), w Mieście zaczynały się wiosenne porządki. Ich apogeum musiało osiągnąć koniec kwietnia, aby na 1 maja było już na cacy, tak bowiem zalecała władza, która uzurpowała sobie wyłączne prawo do obchodów tego robotniczego święta.
Święta, którego geneza wywodzi się ze zwykłego protestu ludzi pracy, wciśniętych w tryby kieratu industrialnych rekinów wieku pary i elektryczności. Protestu, brutalnie stłumionego w Chicago w 1886 roku, a cztery lata później zradykalizowanego ruchami robotniczymi w najbardziej uprzemysłowionych państwach Europy. Początkowo zabronione manifestacje zostały później w wielu krajach uznane za legalne; w Polsce, na początku XX wieku już tak łatwo (aż do PRL-u) nie było.

Jednak co ciekawe, w latach osiemdziesiątych solidarnościowa opozycja organizowała pierwszomajowe obchody niezależne od władz, niejednokrotnie kończące się siłowymi konfrontacjami. Ale należy pamiętać, że dzień ten jest także katolickim świętem Józefa Rzemieślnika, mającym w sposób szczególny zwrócić uwagę na pracę ludzką, zarówno w aspekcie wartości chrześcijańskich, ale i społecznych.

Mój dziecięcy 1 maja kojarzy mi się zawsze z bratkami, pospiesznie sadzonymi na rynkowych rabatach i pomalowanymi na biało oponami nowiutkiej ciężarówki Star 20, która wjechała właśnie z tej okazji na rodzinne podwórko Rapackich, będące bazą Centrali Ogrodniczej. A naprzeciw pan Gienek Szponder miał prywatną wytwórnię oranżady…

Mieszkaliśmy wtedy kątem u ciotki przy ulicy Sobieskiego, skąd wszędzie było blisko, a do Rynku najbliżej. To właśnie tam, na południowej pierzei stawiano trybunę, z której ówcześni dostojnicy mogli pozdrawiać ludzi pracy Nowego Targu, a etatowy zapiewajło, towarzysz Ludwik Szauder, brylował erudycją przed metalowym sitkiem marki Unitra. Od połowy lat pięćdziesiątych pochód został wzbogacony o ponad tysięczną już załogę Nowotarskich Zakładów Obuwia, a miejscowi notable musieli się trochę posunąć na trybunie, aby zrobić miejsce dyrektorom fabryki.

Czoło kolumny NZPS przed trybuną na Rynku/ zj. Józef Broś

A wpływ zakładu na życie stolicy Podhala był nie do przecenienia. Połowa bloków mieszkalnych na dzisiejszym Osiedlu Topolowym to zasługa kombinatu, gdzie mieszkała większość jego kadry kierowniczej. Latorośle dyrektorów zasilały zaś kadrę sportową klubu „Gorce”, do którego miałem przyjemność należeć. Marian Syska, Kazek Głuch, Zosia i Krysia Piechota należeli do czołowych zawodników, toteż na pochodzie pierwszomajowym szli z przodu sportowej kolumny. My, to znaczy małolaty, zamykaliśmy pochód, ale najważniejszym atutem były wyfasowane na defiladę nowiuteńkie dresy z trójkątnym emblematem klubu; po pochodzie musieliśmy je jednak oddać do magazynu.

Zazdrościliśmy hokeistom, którzy już wtedy mieli znaczące sukcesy, a ich przemarsz w szpalerze widzów wywoływał burzę oklasków. Szczególną estymą cieszyła się wylęgarnia hokejowych talentów, Szkoła Podstawowa nr 1, której drużyny pod wodzą mgr Józefa Różańskiego czterokrotnie wygrały „Złoty Krążek”. Moi koledzy, filigranowy Piotruś Sokulski wraz z wyrośniętym nad miarę Włodkiem Zapiórkowskim, dumnie paradowali z łyżwami na szyi i kijami hokejowymi w ręku w pochodzie przez nowotarskie ulice.

Pierwszy Złoty Krążek: Piotr Sokulski, Włodzimierz Zapiórkowski, Leszek Tokarz, Stanisław Żiraldo, Tadeusz Glonek, Mieczysław Batkiewicz/ zdj. arch. Autora

Lecz czasem pochody trąciły groteską, gdy ktoś nienormalny po otwarciu Alei Tysiąclecia, wymyślił trasę okrężną fragmentem „zakopianki” górą przez Skotnicę do Świętej Anny. Taka marszruta była zrozumiała tylko dla kolumny pracowników NZPS, dla których w parku „Na Kole” serwowano darmowe kiełbaski i piwo.

Wspomnienie o NZPS, cyt. Anna Majorczyk – Fabryka utracona

Ponieważ akurat było wściekle zimno i padał deszcz, błogosławiliśmy wtedy nasze pokryte apreturą bawełniane dresy. Gorąca herbata była tylko w domu…

Pochody pierwszomajowe w Nowym Targu pęczniały z roku na rok, głownie za sprawą załogi Kombinatu, która pod koniec lat siedemdziesiątych liczyła grubo ponad 7 tysięcy pracowników. Scenariusz pochodu układano więc tak, aby ten tłum mógł zasilić szpalery widzów, ciągnące się od ulicy Ludźmierskiej aż po Halę Sportową.
Moje dziennikarskie dokonania i współpraca z ówczesnymi, jedynymi zresztą mediami tj. Polskie Radio czy Telewizja Polska, sprokurowały także pierwszomajowy epilog. Wcześniej jednak był występ przed kilkutysięczną publicznością na nowotarskim lodowisku, gdzie w zastępstwie kontuzjowanej wcześniej Krystyny Loski, znanej prezenterki telewizyjnej, polecono mnie do poprowadzenia konferansjerki stuosobowej rewii na lodzie „Holiday on Ice”. Poprowadziłem, na łyżwach zresztą, więc możni naszego pięknego Miasta uznali, że można bez obaw powierzyć mi mikrofon na defiladę pierwszomajową. Chyba jednak trochę się pomylili…

Gdy przejechał już ogromny but na kółkach a zakładowy zapiewajło Jurek Didyk skończył wreszcie dwugodzinną balladę o NZPS-ie, chwaląc z imienia i nazwiska czołowe ubijaczki przodów męskich i poklepywaczy tyłów damskich, zająłem miejsce przed przegrzanym mikrofonem.

Ogromny but na kółkach/ zdj. Józef Broś

Zapowiadałem więc przemarsz najlepszych poborców podatkowych, przodowników pracy w tutejszym zakładzie unasienniania zwierząt, przemiłe ekspedientki z MHD i kelnerki ze „Społem” (z którymi „nie społem”), pracowników MPGK, cegielni i tartaku, na końcu zaś pozdrowiłem miejscowy Związek Cyganów w Polsce (przepraszam, ale tak wówczas nazywała się organizacja Romów), za którymi szedł Zespół Adwokacki nr 1.

Pochód miała zakończyć parada motocyklowa nowotarskich rajdowców i …zakończyła. Jeden z naszych jeźdźców, Staszek Hajnos znany jako „Bultac”, efektownie postawił przed trybuną honorową swojego rumaka na tylnym kole, jednak nie utrzymał motoru i walnął w tłum, prosto na dwie stojące na chodniku zakonnice. Przerażony wrzasnąłem: - Jezus Maria! i okrzyk ten poniósł się od Osiedla Bór aż pod lotnisko niemalże. To był mój pierwszy i ostatni występ na nowotarskiej trybunie pierwszomajowej…

Potem, gdy przyszło burzliwe dziesięciolecie przemian społecznych, stojąc na czele kolumny transportu sanitarnego, odmawiałem udziału załogi w bezpośrednich obchodach pierwszomajowych, tłumacząc, że karetki są potrzebne do zabezpieczania imprez a nie do paradowania. Ten wolny od pracy dzień był doskonałą okazją do zrobienia wiosennych porządków wokół bazy, które ogarnialiśmy w cztery godziny, po których biesiadowaliśmy drugie cztery na zapleczu, przy „paszy treściwej”, dowiezionej prywatnym samochodem z zaprzyjaźnionego baru Na Równi.

Bo majowe święto to nie tylko ten jeden dzień, wyrwany z kalendarza. To dzień solidarności ludzi pracy, po którym jest Dzień Flagi Narodowej i Święto Konstytucji. To dni szczególnie ważne teraz, kiedy naszą codziennością targają wstrząsy narodowej swary i wojennych podmuchów. Tego święta nie wymyślił Lenin, syn rosyjskiego kałmuka i kosmopolitycznej matki, który w chwili jego ustanowienia był wyrzucany z kazańskiego uniwersytetu za polityczne rozróby. A jego koleś i późniejszy adwersarz Wowka Wissarionowicz, zwany potem Stalinem, miał wtedy dopiero osiem lat i był przymierzany do seminarium duchownego. Zaś ich spadkobierca, jak na razie największy potwór XXI wieku, urodził się dopiero siedemdziesiąt lat temu. Lecz dziś na Placu Czerwonym nikt bezkarnie nie zawoła: „Hospody pomyłuj!”

I o tym pamiętajmy, bo jak mówi przysłowie, nie zawsze jest pierwszego maja… I szkoda, że nie ma już naszej fabryki…

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
mn05.05.2022, 10:40
Do Osiol.
Brak mi słów by Pańską głupotę opisać!!!
tadeusz04.05.2022, 09:41
Pamiętam, że wcześniej to imprezy 1 majowe NZPS to odbywały się w Dębnie pod Hubą,gdzie NZPS posiadał domki cempingowe. Dopiero pózniej imprey przeniesiono do parku.
Osiol02.05.2022, 12:33
Panie wspomnij pan młodym jak był układ warszawski jak Amerykanie ćwiczyli chowanie się po bunkrach jaki szacun mieli....
jj02.05.2022, 12:07
Świetne. :-)
Piotrek 196201.05.2022, 19:37
Podwyżka w pracy,premia ,dobre jedzonko,piwo nie robi mi na gębie takiego banana jak Pana Panie Jacku felietony :).
STAŚ01.05.2022, 16:34
Może być !
@01.05.2022, 16:20
Taaaaaaaaa . Najpierw Związek Cyganów a potem Zespół Adwokacki :) :) :) . Któz to sie Panu Panie Jacku naraził :) :)
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl