21.10.2022, 15:46 | czytano: 1772

Jacek Sowa: Z loży kibica. Pisać każdy może

Jacek Sowa
FELIETON. "Z wielkim smutkiem obserwuję to, co dzieje się na tafli nowotarskiego lodowiska, jednak z jeszcze większym zażenowaniem odbieram to, co odbywa się poza nim. Zwłaszcza, że dotyczy to osób, które żyją (i żywią się) tuż obok niego" - pisze dziennikarz i publicysta Jacek Sowa. To odpowiedź na tekst Stefana Leśniowskiego "Straceni dla hokeja".
Na sportowych stronach naszego portalu wieloletni i ceniony przeze mnie kolega Stefan Leśniowski popełnił coś, czego zrobić nie powinien. Określenie popełnienia oznacza w dziennikarstwie napisanie czegoś marnego, a czymś takim jest obszerny fragment tekstu pt. „Utraceni dla hokeja”. Być może jest to nawiązanie do tytułu albumu „Fabryka utracona”, traktującego o naszym kombinacie obuwniczym, który dopóki istniał „Szarotkom” wiodło się dobrze. Fabryka padła, ale znalazł się wtedy Wieńczysław Kowalski, który zagospodarował potencjał nowotarskich talentów, co obrodziło pięcioma tytułami mistrzowskimi pod rząd. Za każdym razem przed Unią Oświęcim, o czym potem… Szef firmy CSZ (skrót od „coś się zdarzy”) ulotnił się niespodziewanie, pozostawiając klub w stanie niemalże finansowej zapaści. „Szarotki” spadły z pudła ligowej rywalizacji.
Wtedy w 2001 roku w klubowej szatni pojawił się Wiesław Wojas, który kontynuując tradycję fabryki butów uznał, że dobrze byłoby przedłużyć także złotą historię nowotarskiego hokeja. A nie było to łatwe, gdyż targane i rozkradane ze wszystkich stron „Podhale” ledwie zipiało, wisząc na końcu ligowej tabeli, co dla tutejszych kibiców było nie do pojęcia. Potentat obuwniczy nie obiecywał złotych gór, ale przyjął profesjonalny program naprawczy z udziałem fachowców, bo takimi w swoim biznesie zwykł się otaczać. Po trzech sezonach „Szarotki” wywalczyły tytuł wicemistrza Polski, a był to czas supremacji oświęcimskiej Unii i tyskiego GKS-u, potem także Cracovii. Trzykrotnie brązowe medale były kamieniami milowymi na drodze odzyskania mistrzowskiego tytułu; w 2007 i 2010 spłonęły kapelusze Wiktora Pysza i Milana Janćuśki.

Wojas uznał, że w tej zabawie „finis coronat opus” i zajął się swoim podstawowym gospodarstwem, jednak zostawił wszystkie zabawki i solidnie posprzątał podwórko. A na nowotarski klub spadły wszelkie plagi świata, z których największą zmorą była hokejowa centrala, która postanowiła wbić gwóźdź do trumny dumy Podhala.

Stefan Leśniowski gładko napisał, że: „…Związek nie miał innego wyjścia w tej sprawie. Spółka pozostawiła po sobie zadłużenie, hokeiści, którzy w marcu wywalczyli mistrzowski tytuł nie byli wypłaceni. Centrala polskiego hokeja postawiła warunek – „SSA Wojas Podhale ureguluje, bądź zawrze ugodę z zawodnikami co do spłaty długu oraz wyrówna zobowiązania jakie ma wobec PZHL”. Krótko mówiąc, piłeczka była po stronie Wiesława Wojasa. Ówczesny prezes PZHL Zdzisław Ingielewicz powiedział: „Mam nadzieję, że Wiesław Wojas okaże się człowiekiem honoru i ureguluje zobowiązania finansowe wobec zawodników i PZHL”.

Tyle tylko, że są to informacje nieprawdziwe! Aby uwiarygodnić tę tezę, przepytałem na okoliczność ludzi, którzy wówczas byli najbliżej klubowej szatni: Rafała Srokę – kapitana mistrzowskiej drużyny „Szarotek” i Andrzeja Podgórskiego – prezesa SSA WOJAS PODHALE. Otóż z całą stanowczością moi rozmówcy podkreślili, że są to rewelacje wyssane z palca, a raczej z ozora pana Ingielewicza, ówczesnego prezesa PZHL. Zawodnicy mistrzowskiej drużyny otrzymali należne wypłaty, zaś spółka hokejowa wobec KRS była czysta jak łza. Wiesław Wojas, jako przywołany przezeń wtedy człowiek honoru nie chciał nawet tego komentować, bo to raczej PZHL żył z klubów, a nie odwrotnie…

Aby więc dociec, jakimi przesłankami mógł podbudować swoją wypowiedź Zdzisław Ingielewicz, przekopałem informacje w sprawie gościa, którego aspiracje są szeroko znane w środowisku sportowym. Sportowy neofita wdrapał się na stołek prezesa PZHL podbudowany pseudo legendą dokonań w oświęcimskich zakładach chemicznych, skąd z ulgą się pozbyto apodyktycznego doktorka z przerośniętym ego. Poprosiłem o zdanie kogoś o wielkim autorytecie hokejowym, a jednocześnie blisko związanym ze sportowym środowiskiem Oświęcimia, Czesława Borowicza. Mimo różnicy czasu, przebywający w Chicago nasz rodowity hokeista, trener i działacz nie omieszkał wyrazić swojej opinii na ten temat, którą podsumował: „Wkład Wiesława Wojasa w ratowanie hokeja w Nowym Targu jest nie do przecenienia i nieprędko znajdzie się ktoś taki, kto potrafi sięgnąć po 20-ty tytuł. A co do prezesa Ingielewicza mam swoje, bardzo negatywne zdanie, które podziela większość moich kolegów od hokeja”.

Swoje brzydkie cechy „wodzuś z oświęcimskich Dworów” przeniósł na grunt hokejowej centrali, gdzie uznał się za wyrocznię, bez skrępowania robiąc kupę w najbliższe otoczenie.

Prezes Ingielewicz, przez większość środowiska hokejowego uznawany został za persona non grata, gdy w wiosną 2011 roku, najpierw na łamach katowickiego "Sportu", a później w INTERIA.PL - zaatakował szefów klubów zarzucając im tępotę umysłową. I tu cytuję za Michałem Białońskim, swego czasu sąsiadującym ze Stefanem Leśniowskim przez podwórka: - Uważam, że głupotę trzeba tępić. Będę zawsze przeciwko tępocie umysłowej niektórych działaczy, którzy zamiast walić się w swe piersi, wolą walić się w cudze - grzmiał prezes Ingielewicz. - Ja im mówię: "dość, wystarczy tej zabawy". Jak chcemy zmieniać polski hokej, to go zmieniajmy, ale wspólnie. Róbmy każdy na swoim podwórku to, co do niego należy. Nie może być tak, że kozłem ofiarnym i wytłumaczeniem nieudolności wielu działaczy klubowych będzie PZHL. Czas powiedzieć, że jednym z głównych problemów polskiego hokeja jest słabość intelektualna wielu działaczy klubowych, którzy nie zarządzają klubami w taki sposób, na jaki ta dyscyplina zasługuje.

Po tych słowach w środowisku zawrzało jak w ulu. Prezes został wygwizdany podczas przemowy na otwarcie MŚ w Krynicy, przez co jego wypowiedź ograniczyła się do słów: - Życzę udanego turnieju.
W rozmowach ludzie związani z hokejem nie pozostawili na nim suchej nitki; Katarzyna Zygmunt, hokejowa sędzia, córka świetnego „katehety”, Ryszarda Bialika, Karol Pawlik, dyrektor sportowy GKS Tychy, czy Mariusz Czerkawski.

Zdzisław Ingielewicz obiecał znaleźć sponsora polskiego hokeja, ale nie powiodło mu się. Po nieudanym epizodzie z hokejem uciekł na inny, może trochę mniej komfortowy stołek prezesa od saneczkarstwa. Bez względu na to, co tam będzie wygadywał, czeka go tylko zjazd z góry. Potem zostanie prezesem od brydża; to sport siedzący i gra się nie widząc przeciwników…

Wróćmy zatem do naszego „Utraconego hokeja” Stefana Leśniowskiego, którego szanuje za ogromną wiedzę faktograficzną, powinien jednak trzymać się z daleka od sportowej beletrystyki, bo ta wymaga też solidnego przygotowania. Kolega Stefan jako pedagog powinien wiedzieć, że przygotowanie do lekcji wymaga solidnej pracy domowej a w klasie nie można ufać nie zawsze poprawnym podpowiedziom z tylnej ławki. Słowa należy ważyć, aby proporcje pozostawały właściwe. Jeśli słowa się warzy, czyli gotuje, blisko im do grillowania, a tego chyba wszyscy chcemy uniknąć zwłaszcza, jeśli chce się nabić na rożen ludzi, powtórki dokonań których w naszym hokeju od ponad dekady nie możemy się doczekać.

Jacek Sowa

Felieton "Straceni dla hokeja" można przeczytać na SportowymPodhalu. Polecamy także tekst Jak inwestowano w przyszłość nowotarskiego hokeja.

s/
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
Joanna21.10.2022, 22:40
Odważnie ale i z rozwagą...prosimy o więcej
STAŚ21.10.2022, 18:28
Tak napisane, daje do myślenia.
Muszę to, przemyśleć !
Stanlej21.10.2022, 17:00
W końcu ktoś porządnie wyjaśnił te brednie Pana redaktora od kibiców z Turbacza, kibiców z USA i miłośnika PRLu
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl