28.12.2021, 15:30 | czytano: 1601

Rysy na pucharze. Odc. 2: "Szarotki zamarzają na lodzie"

Prezentujemy drugi odcinek nowego cyklu autorstwa Jacka Sowy.
Pori – miasto w zachodniej Finlandii nad Zatoką Botnicką, przywitało hokeistów „Podhala“ blisko 40-stopniowym mrozem, co nie zrobiło szczególnego wrażenia, gdyż przytulna Scania podjechała pod samo wejście równie przytulnego hotelu.
/Pori/

Hotel spartańsko umeblowany, ale schludny, z wyposażeniem przypominające dzisiejszą IKEA z cicho szumiącą klimatyzacją, ogrzewającą panoramiczne okna, za którymi błyszczały światła portu. Pokoje dwu- i trzyosobowe, co bardzo ucieszyło chłopaków, gdyż w tej zgranej paczce była ustalona pewna hierarchia koleżeńska i przyzwyczajenia. Starszyzna razem, bramkarz sam (bo sprzęt zajmował pół pokoju), ponadto mający problem z zatokami Paciana chrapał niemożebnie... Młodzież na końcu, Jasiu masażysta chętnie zgodził się na towarzystwo red. Stanowskiego, który cierpiał na kontuzję kolana, więc fachowca miał pod ręką. Mnie, jako szefowi ekipy, zaproponowano duży apartament na końcu korytarza; skwapliwie zamieniłem go z trenerami na mniejsze vis a vis, pomny doświadczeń, że największe pokoje z reguły są najbardziej oblegane przez tłum..


Po rozlokowaniu wygłodniała zgraja obległa salę jadalną, gdzie podano zupę selerową o konsystencji budyniu i udka kurczaków z puddingiem i kiszonymi warzywami, na deser ciastko orzechowe, fanta i coca cola z dystrybutora, który z miejsca stał się hitem wieczoru. Ale trwająca 18 godzin zimowa noc zagoniła przywiędłe nieco Szarotki do łóżek, pozostało tylko krótkie omówienie planu na następny dzień z trenerami, aby zapaść w sen, pełen pucharowych punktów.

Poranek w Pori budzi się o tej porze roku dopiero około 9-tej (dzień trwa co najwyżej sześć!), toteż priorytetem poranka było śniadanie, zdominowane przez mleczne wyroby firmy Valio, sponsora fińskich hokeistów. Płatki na mleku i jogurciki nie były przysmakiem większości chłopaków, zwłaszcza dla wywodzących się z rodzin gospodarskich, którzy podsumowali podane na półmiskach wędliny: - Tyłka nie urywają!

Na parking, usytuowany na placu, podobnym do nowotarskiego rynku, podjechała wnet klubowa scania, aby zawieźć ekipę na lodowisko, gdzie przewidziano przedpołudniowy rozruch. Za oknami mroźny krajobraz założonego przez Zygmunta III Wazę miasta. Miasta co prawda młodszego, ale dwukrotnie liczebniejszego od Nowego Targu, jeśli idzie o populację i dziesięć razy większej powierzchni. – Eee, taki Nowy Sącz – skomentował Piwus.


Gdy autokar zajechał pod lodowisko, szczęki nam opadły; to była stara, drewniana hala, przy której nowotarska arena była szczytem nowoczesności! Na zaśnieżonym placu, przy minus trzydzieści paru stopniach, mróz trzeszczał pod butami. W przejściu minęliśmy grupę młodych, może dziesięcioletnich hokeistów, ubranych w klubowe kurteczki, na czele których maszerował pulchny dzieciak z dużym misiem w czerwono-czarnych barwach z asem pikowym na piersi. Stanowski chciał zrobić zdjęcie, ale na tym mrozie aparat odmówił mu posłuszeństwa; gdy wszedł do ciepłego budynku, okulary pokryły mu się grubą warstwą szronu. – Wygląda jak arktyczny badacz polarny – skwitował wicetrener Maziorz, wyjmując z torby ciepłe gacie; jak się okazało, temperatura na lodowisku oscylowała około minus piętnaście!

W tych realiach trening miał nieco karykaturalny przebieg, drużyna bardziej skupiała się na złapaniu oddechu, niż na realizowaniu założeń szkoleniowych. Trenerzy zadecydowali o skróceniu ćwiczeń: - Zaraz się nam chłopcy poprzeziębiają! Jak tu grać w takich warunkach? – martwił się Wujek.


Nastroje poprawiły się w hotelu, gdzie czekał nas prezes Asów z Pori, z iście gwiazdkowym upominkiem. Karl From, szef VEHO, czyli miejscowego salonu samochodów luksusowych, miał w ręku sporą kopertę z kieszonkowym dla drużyny. Przepisowo przysługiwało ono ekipie gości, złożonej z 25 osób, w wysokości równo wartej iluś tam frankom szwajcarskim na łeb; z reguły jednak kasę zabierali działacze, przewodzący ekipie. Ponieważ jednak towarzysz prezes został w kraju, wspólnie z Mąką, mężem zaufania drużyny, wysypaliśmy zawartość koperty na łóżko w pokoju Wujka i podzieliliśmy wielką kupę fińskich marek na dziewiętnaście mniejszych kupek, po które kolejno meldowali się zawodnicy. Z nieparzystej sumy została równowartość niecałego dolara, którą jednogłośnie scedowaliśmy na rzecz Karrola, który miał się niedługo żenić...


Jeszcze tego samego wieczoru zostaliśmy zaproszeni na spotkanie, organizowane przez sponsora klubu, Suomen Pankki, w podziemiach tego najstarszego fińskiego banku. Trenerzy wykręcili się od tak zaszczytnego obowiązku, który jak się potem okazało, polegał na wspólnej saunie, kąpieli w basenie i zdawkowych toastach przy sikowatym piwie Karhu i gumowo smakujących kiełbaskach z keczupem, oraz sztywnej konwersacji z miejscowymi notablami. Dysponując sprawnie tylko językiem niemieckim, szybko sprawiłem się do hotelu, który był ...po drugiej stronie placu.
Z opuszczonymi nausznikami papachy zdążyłem zauważyć, że pokaźny parking na owym rynku był wyposażony w elektryczne sztyce, do których podłączano stojące tam samochody, z maskami dodatkowo opatulonymi przez ciepłe pokrowce. I co takim zima zrobi...

Tymczasem zimowe wieści z kraju nie były optymistyczne. Ten wieczór spędziłem w hotelowej recepcji przy telefonie (rozmowy oczywiście na koszt abonentów) i telexie, który wspaniałomyślnie mi udostępniono. Wbrew wszelkim sugestiom co do godziwych warunków pucharowego rewanżu za kilka dni w Nowym Targu, towarzysz prezes Łącki trwał niewzruszenie przy swoje chorej koncepcji noclegu dla Finów w prymitywnym baraku na sportowym lotnisku Aeroklubu Tatrzańskiego z piecami akumulacyjnymi i jedną łazienką na korytarzu. COS w Zakopanem był zajęty przez narciarzy, zbyt drogi hotel „Kasprowy“ okupowali szkoleni przez polski rząd terroryści z Libii, nowotarski „Janosik“ w remoncie...

Poprosiłem o wsparcie swego dziennikarskiego mentora, Stefana Rzeszota, który uruchomił swoje chody, także dzięki swej żonie Krysi, umocowanej w strukturach Biura Podróży „Orbis“. Ale urzędujący towarzysz prezes KS „Podhale“ był nieugięty; dla niego nie było to problemem, a PZHL też to miał w nosie; pułkownik Szałański zdążył już wyjechać na Sylwestra...

/Stefan Rzeszot/

Północ iskrzyła za oknem skutą lodem Zatokę Botnicką, ciepło szumiała klimatyzacja, za kilkanaście godzin mecz. Mecz, w którym osłabione kontuzjami i mrozem Szarotki, zagrają o honor hokejowego mistrza Polski. Honor, który pozostał tylko na ich barkach...

Cdn.

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
Fanka31.12.2021, 10:39
Dziekuje za ten artykuł. Piękne wspomnienia.
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl