16.10.2014, 23:43 | czytano: 2754

Gdyby wpadło co miało wpaść…

- Mega przeżycie, o którym nigdy nie zapomnę. Organizatorzy na piątkę wywiązali się ze swoich obowiązków. Sędziowanie również było wysokiej klasy – powiedziała Sabina Lech po powrocie z finałowego turnieju o Puchar Europy w unihokeju kobiet.
MMKS Podhale debiutowało w tej imprezie. Nowicjuszki zawsze muszą zapłacić frycowe, za brak obycia w międzynarodowych imprezach. Wstydu jednak nie przyniosły, a nauka na pewno nie pójdzie w las. Zajęły piąte miejsce, a przy większym szczęściu mogły awansować do półfinału. Czego zabrakło?
- Skuteczności, bo zarówno Norweżki jak i Rosjanki były do ugryzienia – przekonuje Sabina Lech. – Trener norweskiego zespołu był w szoku, bo nie spodziewał, że postawimy się jego zespołowi. Liczył na spacerek, a tymczasem przez dwie i pół tercji toczyłyśmy z jego dziewczętami wyrównany bój. Miałyśmy cztery sytuacje sam na sam i pięć gier w przewadze i żadnej niestety nie wykorzystałyśmy. Przegrywałyśmy tylko jedną bramką. W końcówce nas złamały, ale miałyśmy satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku. Skuteczność też nie pozwoliła nam ograć Rosjanki. Cisnęłyśmy je, non stop gra toczyła się na ich połowie. I nic. Wydawało się, że bramka musi paść. A tymczasem piłeczka odbijała się od słupka lub poprzeczki i wychodziła w pole. Wydawało nam się, że jest pewny gol, a jakimś cudem bramkarka stanęła jej na drodze do bramki. Za żadne skarby nie chciała zatrzepotać w siatce. Gdyby wpadło to co miało wpaść… Robiłyśmy co było w naszej mocy, walczyłyśmy do ostatniej sekundy, ale o tą jedną bramkę lepsze były nasze rywalki. Taki jest sport. Zdajemy sobie sprawę, że naszą piętą Achillesową była marna skuteczność. Nad nią musimy usilnie pracować. Zagrałyśmy trzy dobre spotkania, chociaż wyniki tego nie odzwierciedlają. Błędy w obronie zawsze się zdarzają, a w ataku fajnie wychodziły nam kontry, z tym tylko, że po nich piłeczka nie wpadała do bramki. Cały turniej grałyśmy pod presją.

Pod presją? Przecież nikt chyba nie wymagał od was wygrania Pucharu Europy?

- Presję same sobie narzuciłyśmy w związku z wdzięcznością dla tych, którzy w nas zainwestowali duże pieniądze. Klub nie było stać na nasz wyjazd do Norwegii. Chciałyśmy udowodnić, że nie pojechałyśmy tam na wycieczkę turystyczną tylko uzyskać jak najlepszy wynik. Nie wyszło. Mam nadzieję, że za rok jak pojedziemy, to bogatsze w doświadczenia, uzyskamy lepsze wyniki. Wiem, że jesteśmy w stanie zagrać lepiej.

Jak wyglądała organizacja turnieju, sędziowanie?

- Bardzo fajna impreza. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Wszystko było na błysk. Również super sędziowanie. Szkoda, że w polskiej lidze tak się nie gwiżdże. Turniej to jedno mega przeżycie, o którym nigdy nie zapomnę.

Podobno mieszkałyście w polowych warunkach?

- Tak mogłoby się wydawać, bo słowo „kamping” brzmi strasznie. Warunki w nich były super. Wszystkie w bardzo dobrym stanie. Jedynym mankamentem był brak wody. Mieszkałyśmy w trzech kampingach plus apartament wynajęty tylko po to, by mieć aneks kuchenny i dostęp do wody. W apartamencie starsze dziewczyny zajmowały się gotowaniem i przyrządzaniem posiłków.
Pozasportowe atrakcje?

- Urokliwa miejscowość, w której rozgrywany był turniej. Norwegia jest bardzo pięknym i czystym krajem. W dniu wolnym zwiedziłyśmy Oslo, które mnie osobiście zachwyciło.

Jakieś nowe znajomości?

- Nie było na to czasu, bo mieszkałyśmy kilkadziesiąt kilometrów od miejsca rozgrywania spotkań. Dojeżdżałyśmy na mecz i zaraz po nim wracaliśmy. Tylko raz zostałyśmy na półfinale w męskim wydaniu. Na kampingach mieszkałyśmy razem z drużyną z Gdańska, a z tymi dziewczynami doskonale się znamy. Również męska drużyna Zielonki miała tam zakwaterowanie.

Rozmawiał Stefan Leśniowski

Zobacz więcej na

Zobacz pełną wersję podhale24.pl