07.10.2022, 13:47 | czytano: 3382

Jacek Sowa: Podhalańskich kółek czar. Automobile Pana Karola

Karol Rudolphi
FELIETON. "Mało kto dałby osiemdziesiątkę schludnemu panu o opalonej twarzy i energetycznym cieple, emanującym z oczu. Pan Karol to nasz niedawno odkryty motoryzacyjny pasjonat, który ponad pół wieku poświęcił na przywracanie życia starym samochodom" - pisze w kolejnym odcinku cyklu "Podhalańskich kółek czar" - Jacek Sowa.
Karol Rudolphi junior urodził się w 1942 roku. W Myślenicach jego ojciec posiadał warsztat mechaniczny, a z racji posiadanego samochodu Opel 1,8 prowadził naukę jazdy, więc wraz z siostrą Marysią od dziecka wrośli w automobilowy klimat rodzinnego domu.
Marysia i Karol Rudolphi wyrastali w automobilowym klimacie

Klimat, który został zaburzony przez wyzwolicieli ze Wschodu, którym nie spodobało się nazwisko i sposób zarabiania na życie w czasie wojny przez głowę rodziny. Wraz z 77 innymi mężczyznami z okolicy został zabrany na wywózkę donikąd, dał jednak nogę i powrócił w rodzinne strony, idąc pieszo aż od Sambora; w drzwiach domu dzieci go nie poznały…

Senior Rudolphi wrócił do swej profesji, jednak nie dane mu było w spokoju przyuczać nowych kierowców do zawodu. Wizyta smutnych panów w skórzanych płaszczach miała na celu skłonienie go do wstąpienia do jedynie słusznej partii. Gdy odmówił, czarny Citroen intruzów odjechał wraz z koncesją nauki jazdy. Pozostały drobne naprawy w warsztacie i podwózki starym Oplem, którego przerobił na półciężarówkę.

Opel przerobiony na półciężarówkę

Można było nim podrzucić komuś worek ziemniaków albo zawieźć sąsiadkę na klinikę do Krakowa, co jednak nie było takie proste, gdyż własnym samochodem wolno było poruszać się w promieniu 20 kilometrów od miejsca zamieszkania. Do grodu Kraka było trochę dalej… Każdorazowy wyjazd „poza rejon” wymagał odrębnego zezwolenia Wydziału Komunikacji Drogowej, a i tak wymagane było pisemne zestawienie rozjazdów z miesięcznym limitem …200 kilometrów. Łatwo nie było…

Zaświadczenie z Wydziału Komunikacji drogowej

Wyjazd poza rejon wymagał zezwolenia i pisemnego rozliczenia

Karol, postawny młodzieniec, w którym podkochiwały się szkolne koleżanki (a ponoć także i nauczycielki), od najmłodszych lat zafascynowany był jednak samochodami, których wówczas było jak na lekarstwo. Odebrawszy solidne wykształcenie zawodowe i dyplom w nowotarskim „Mechaniku”, podjął pracę w tutejszym oddziale PKS-u. To był rok 1962. Szybko zjednał sobie opinię dobrego pracownika, lubił jeździć w trasy i dbał o zasadę, malowaną wówczas szablonem na maskach autobusów: „mój samochód świadczy o mnie”.

Jednak Karol Rudolphi, bo o nim mowa, tęsknie spoglądał zza szyby autobusu na stare auta, które czasem przemykały obok, gdyż wtedy, w latach sześćdziesiątych, była to prawdziwa egzotyka.

Zgrabna Simca, choć w nienajlepszym stanie pierwsza wpadła mu w oczy, a w jej posiadaniu był pewien znajomy. Kiedy auto zaczęło sprawiać właścicielowi kłopoty, Karol szybko przekonał go, że powinien mu go sprzedać, a on już coś z tym zrobi.

Zdezelowania Simca po zakupie stała przed domem

Matka na widok zdezelowanego pojazdu załamywała ręce, ale Karol zrobił tak, jak powiedział. Rozebrał silnik francusko-włoskiej konstrukcji na czynniki pierwsze (nadwozia wtedy były solidne!) i wyjechał sobie na przejażdżkę.

Karol na przejażdżce

Szczęście trwało jakiś czas, ale wszystko kiedyś ma swój koniec. Kiedy Simca zaczęła sprawiać kłopoty, sprzedał ją w Nowym Targu i zaczął rozglądać się za czymś następnym. Podczas postoju kursowego PKS na myślenickim rynku wypatrzył stojącego przy krawężniku przedwojennego Opla Kadetta z kartka za szybą: „Sprzedam” i numerem telefonu, oczywiście stacjonarnego, bowiem w tamtych czasach komórki służyły do przechowywania węgla, którego wówczas nie brakowało…

Numer okazał się kontaktem z okoliczną plebanią, której proboszcz zamierzał pozbyć się kłopotliwego dla parafian i władzy rekwizytu. Pan Karol podjął wyzwanie, uzgodnił cenę i zgromadził stosowną kwotę, lecz kiedy był gotów sfinalizować transakcję, napatoczyła się siostra z radosną informacją o zamiarze kupna mieszkania w Krakowie, ale brakuje jej do sumy parę złotych… Brat bez wahania pozbył się marzenia o starym Oplu i temat odleciał. Jednak przemierzając niemal codziennie trasę Nowy Targ – Kraków widział na skarpie vis a vis Zarabia stojącego zielonego Kadetta, jako żyw przypominającego tego zamienionego na mieszkanie siostry.
Historia jest jednak przewrotna; podczas parapetówki u siostry gościli sąsiedzi, z którymi zgadał się o wspólnych motoryzacyjnych pasjach. I okazało się, że eksponowany na skarpie zielony Opel to własność tychże sąsiadów, którzy pałając miłością do swego autka, nie mogą zdecydować się na oddanie go w obce ręce. Pan Karol nie był obcy, więc po długich, krakowskich targach, Kadett trafił do jego rąk. I znowu długie godziny po pracy, spędzone w pekaesowskich warsztatach, auto rozebrano do śrubek i pierwsza jazda po nowotarskich drogach.

I tak biegły lata pana Karola – trasy za kierownicą autobusów: Sanów, Jelczów, Autosanów, Sanosów, a potem wielkich tirów, na które Rudolphi przesiadł się podczas przygody z transportem międzynarodowym. Karolowi nie straszne były żadne kursy, zimą czy latem docierał tam, gdzie należało.


Karol docierał wszędzie bez względu na porę roku

Starzy pekaesiacy do dziś go pamiętają…Powierzane mu samochody zawsze wyróżniały się w pekaesowskim taborze: wyglądem, czystością, detalami; nawet za własne pieniądze zamówił do Jelcza tablice rejestracyjne z nakładanymi literami. Nic też dziwnego, że często podłapywał atrakcyjne trasy, włącznie z zagranicznymi wycieczkami, do demoludów oczywiście.

Komfortowym Sanosem na postoju w Szczawnicy

Gdy wyjechał do Ameryki, jego Opel Kadett wylądował w szopie u szwagra; kiedy wrócił po 22 latach, samochód nadawał się tylko na złom. Mówi się trudno, kupił Poloneza, a w końcu miał za co, bo w Stanach ciężko pracował za kierownicą potężnych Macków, którymi jeździł głównie na budowach, najpierw najemnie, potem już na swoim.

Wyzwań z samochodami Karol Rudolphi miał w życiu wiele. Zwieńczeniem jego motoryzacyjnego placu zabaw był sprowadzony ze Stanów Ford A, artefakt o dziesięć lat starszy od niego. Wiele godzin pracy kosztowało dzieło, którego efekt podziwiany jest dziś na rajdach zabytkowych samochodów.

Ford A – zwieńczenie pracy Karola Rudolphiego

Cudo Karola Rudolphiego drzemie w czyściutkim garażu. A gdy jego właściciel wkłada kluczyk do stacyjki, drży z podniecenia, wydając z siebie radosny pomruk, wypuszczając z siebie triumfalny obłok, pachnącego starymi automobilami, dymu…

Jacek Sowa
Może Cię zainteresować
zobacz także
komentarze
Koza05.11.2022, 12:39
"...schludnemu panu o opalonej twarzy i energetycznym cieple, emanującym z oczu." hehehehehe "Pana" Karola trzeba poznać o potem wpisywać takie farmazony.
Andrzej08.10.2022, 10:56
Czy to ten gościu który jak obsługiwał trasę Szczawnica-Katowice to zatrzymywał się na chwilę pod domem w Waksmundzie ? Ostrowsku ? Było to na początku lat 80-dziesiątych. Bardzo mile i z sentymentem to wspominam.
Mechanik PKS07.10.2022, 22:52
Tajemniczy komputer znajdujący sie na pulpicie w autobusie, konstukcji pana Karola z kolorowymi kontrolkami a nad /komputerem /misiek mrugajcy to prawym to lewym okiem w zależnosci od kierunkowskazów .Pozdrowienia od Romana byłego mechanika pańskiego autobusu !!!!
Piotrek 196207.10.2022, 14:53
Chyba jechałem z Panem Karolem jako małolat z rodzicami z Krakowa do N.Targu na te czasy luksusowym Sanosem .Do biletu trzeba było za luksus dopłacić(Jelcze przepełnione). Chyba o Panu Karolu było głośno w Polsce.Przeczytałem w tedy w Gazecie Krakowskiej.Przejechał milion kilometrów bez awarii.Czy to była wtedy propaganda za komuny,reklama demoludów(Jugosławii)?Pan Karol na pewno,nawet Jelczem by przejechał milion km. Ale wiem że jak by Pan Karol w tych czasach poleciał na księżyc z amerykanami to Apollo 12 po drodze by im się nie spitoliło.Wielki Szacun Panie Karolu.
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl